January 21, 2026

Pięć mitów o aplikacjach mobilnych w eCommerce, w które nie warto już wierzyć

Blog Details Image

“Aplikacja? To nie dla nas. Przecież nasz serwis dobrze wyświetla się na mobile. To tylko dla dużych graczy. Większość klientów kupuje tylko raz, a potem i tak usuwa aplikację.” Te zdania wciąż słychać w środowisku eCommerce. I choć na pierwszy rzut oka mogą brzmieć rozsądnie, dziś coraz mocniej rozmijają się z rzeczywistością. W świecie, gdzie SEO traci znaczenie, reklamy kosztują coraz więcej, a lojalność klienta staje się najcenniejszym zasobem, aplikacja mobilna przestaje być dodatkiem i staje się konkretną przewagą konkurencyjną. Czas rozprawić się z pięcioma najczęściej powtarzanymi mitami, które wciąż blokują decyzje o uruchomieniu tego kanału sprzedaży.

Mit pierwszy: Aplikacja to tylko dodatek, dobra responsywna strona wystarczy

Jeszcze kilka lat temu większość właścicieli eCommerce uważała, że aplikacje mobilne są zbędne. W erze przejściowej od desktopu do mobile kluczowe było przede wszystkim to, by strona dobrze działała na smartfonach. Popularność zdobyły responsywne strony WWW i PWA, a deweloperzy przekonywali, że jedno rozwiązanie wystarczy na każdą przeglądarkę.

Miało to sens. Dynamicznie rosnąca liczba użytkowników mobilnych po 2010 roku wymuszała elastyczność, a dobrze zoptymalizowana witryna rzeczywiście mogła docierać do szerokiego grona klientów przez SEO i kampanie reklamowe. W takim kontekście dodatkowy koszt aplikacji wydawał się zbędnym luksusem. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Użytkownicy spędzają dziewięćdziesiąt procent czasu online na smartfonach właśnie w aplikacjach, nie w przeglądarce. Badania pokazują, że konwersja w aplikacjach jest zdecydowanie wyższa niż na mobilnej stronie. Globalne dane z rynku eCommerce potwierdzają ten trend: tylko w pierwszych ośmiu miesiącach 2023 roku liczba zamówień składanych przez aplikacje wzrosła o siedemnaście procent rok do roku, a ich wartość skoczyła aż o czterdzieści procent.

To nie przypadek. Aplikacja działa szybciej, jest zawsze pod ręką, jest wygodniejsza. Dzięki natywnym funkcjom przytrzymuje uwagę klienta i buduje jego zaangażowanie. Nawet najlepiej zoptymalizowana strona nie daje takiej możliwości kontaktu i tak płynnego UX.

Responsywna strona to fundament. Aplikacja to przewaga. I ta przewaga przestała być dostępna tylko dla największych graczy.

Średniej wielkości sklep z elektroniką miał piękną, responsywną stronę. Ładowała się szybko, wyglądała dobrze, wszystko działało. Problem pojawił się, gdy analityk spojrzał na liczby: siedemdziesiąt procent ruchu z telefonów, ale tylko kilkanaście procent sprzedaży. Gdzie były pozostałe transakcje?

Odpowiedź była prosta. Klienci przeglądali na telefonie, ale kupowali na komputerze. Bo checkout na telefonie był zbyt długi, zbyt skomplikowany, zbyt denerwujący. Woleli odłożyć zakup i dokończyć na laptopie – jeśli pamiętali, jeśli mieli czas, jeśli w ogóle wrócili.

Mit drugi: SEO i reklamy online wystarczą, aplikacja jest zbędna

Współczesny konsument jest nie tylko bardziej świadomy, ale też znacznie bardziej zmęczony natłokiem reklam i treści sponsorowanych. Banerowa ślepota, automatyczne przewijanie postów z etykietą Sponsorowane i rosnące wykorzystanie adblockerów przez ponad czterdzieści procent internautów w wieku osiemnaście do trzydziestu czterech lat, sprawiają, że klasyczne formaty coraz rzadziej przynoszą efekt.

Dodatkowo, w eCommerce coraz trudniej o kliknięcie. Zjawisko zero-click, czyli wyszukiwania w Google kończące się bez wejścia na żadną stronę, dotyka też branży zakupowej. Użytkownik dziś coraz częściej dostaje gotową odpowiedź od AI albo widzi wyniki w porównywarce produktów i nie musi już odwiedzać sklepu.

To oznacza, że nawet najlepiej wypozycjonowana strona może dziś nie generować ruchu. Organiczne SEO przestaje być gwarantem wejść, a płatne kliknięcia stają się droższe i mniej opłacalne.

W tej rzeczywistości aplikacja mobilna staje się kanałem anty-zero-click. To środowisko, które omija pośredników: nie trzeba walczyć o uwagę na liście wyników, nie trzeba płacić za klik. W aplikacji komunikacja trafia bezpośrednio do klienta – push, ekran powitalny, promocje w czasie rzeczywistym.

To nie tylko większa kontrola nad konwersją, ale też realna alternatywa wobec coraz bardziej zamkniętego i nieprzewidywalnego ekosystemu wyszukiwarek.

Z perspektywy biznesowej to konkretny zysk: niższe koszty pozyskania użytkownika, wyższy wskaźnik powrotów, większy udział klientów lojalnych w sprzedaży oraz rosnąca marżowość, bo nie trzeba dzielić się budżetem z platformami pośredniczącymi.

W czasach, gdy nawet średniej wielkości sklep potrafi wydać dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie na reklamy, taki scenariusz przestaje być wyjątkiem. Budżet rośnie, a razem z nim rośnie też koszt pozyskania klienta. Konkurenci walczą o te same frazy, stawki szybują, a zwrot z inwestycji coraz częściej nie nadąża za oczekiwaniami.

Z czasem sytuacja może wyglądać zupełnie inaczej, gdy sklep przenosi część relacji z klientami do własnego kanału. Aplikacja zaczyna przejmować rolę miejsca, w którym odbiorcy „są” na co dzień: dostają informacje o nowościach, promocjach czy limitowanych kolekcjach bez konieczności ciągłego kupowania uwagi w wyszukiwarce lub social mediach. Komunikat trafia bezpośrednio na ekran telefonu, zamiast ginąć w tłumie reklam.

W efekcie koszty pozyskania potrafią wyraźnie spaść, a częstotliwość zakupów wzrosnąć. Budżet, który wcześniej szedł na rywalizację o pozycję, można przekierować na rozwój: ofertę, doświadczenie zakupowe i wzmocnienie lojalności.

Mit trzeci: Aplikacje mobilne są za drogie, tylko duże marki mogą sobie na nie pozwolić

Przez lata własna aplikacja mobilna była marzeniem wielu managerów eCommerce, ale w praktyce tylko nieliczni mogli je zrealizować. Powód? Brak korporacyjnego budżetu, brak dostępnej technologii i brak realnych zasobów, które pozwalałyby taką aplikację nie tylko zbudować, ale też utrzymywać i rozwijać.

Jeszcze kilka lat temu stworzenie aplikacji oznaczało konieczność budowy osobnych wersji na Androida i iOS, angażowania agencji lub software house'ów i wydawania setek tysięcy złotych. A na końcu dochodziły jeszcze koszty utrzymania, aktualizacji, wsparcia technicznego i integracji z obecnym rozwiązaniem eCommerce, bo budowa aplikacji u swojego dostawcy była w zasadzie niemożliwa.

To wszystko sprawiało, że był to projekt, na który mogli sobie pozwolić tylko najwięksi gracze. Reszta, choć miała ambicje, odkładała temat z powodu barier finansowych i technologicznych.

W odpowiedzi na te bariery powstały platformy no-code i low-code, które miały zdemokratyzować dostęp do aplikacji. I w wielu przypadkach się to udało – ale z ważnym zastrzeżeniem: te rozwiązania sprawdzają się w prostych aplikacjach, które nie mają złożonej logiki biznesowej.

W eCommerce, gdzie trzeba obsłużyć produkty, promocje, płatności, integracje z ERP, programy lojalnościowe czy reguły koszyka, low-code często okazywał się niewystarczający. Finalnie aplikacje zbudowane w ten sposób miały bardzo ograniczony zakres funkcjonalności i okazywały się kanałem, którego nikt nie używa. Projekt po kilku miesiącach zaczynał po prostu umierać z poczuciem, że wina leży po stronie aplikacji mobilnej jako takiej.

Prawdziwy przełom technologiczny nastąpił dopiero wtedy, gdy upowszechniła się architektura headless.

Dzięki niej, eCommerce, niezależnie od tego, czy działa na rozwiązaniu open source czy SaaS, może dołączyć poprzez API gotową aplikację mobilną stworzoną na potrzeby handlu w sieci, bez konieczności budowania jej od zera. To oznacza mniej programowania, mniej kosztów, znacznie szybszy czas wdrożenia i w końcu pełne zrozumienie logiki biznesowej eCommerce, nawet bez konieczności zmiany obecnego dostawcy oprogramowania. To rzeczywistość, którą oferuje aplikacja.pl

Nie trzeba wyrzucać backendu. Nie trzeba migrować. Nie trzeba ryzykować. Aplikacja działa jako warstwa z tym co już istnieje, podłączona do tych samych API, korzystająca z tych samych procesów. Ta sama baza produktów. Te same promocje. Te same zamówienia. Tylko kanał inny – ten, który konwertuje trzy razy lepiej.

Mit czwarty: Klienci instalują aplikacje, dokonują zakupów w promocji i kasują aplikację

Mit, że użytkownik instaluje aplikację tylko po to, by dokonać jednej transakcji i nigdy do niej nie wrócić, brzmi logicznie, szczególnie w czasach, gdy konsumenci mają setki aplikacji na telefonie, a przestrzeń uwagi jest ograniczona.

W praktyce jednak dane pokazują zupełnie inny obraz. Klient, który choć raz kupił w aplikacji, jest znacznie bardziej skłonny do powrotu niż ten, który zrobił zakupy przez przeglądarkę. Aż sześćdziesiąt procent użytkowników apki, którzy dokonali pierwszej transakcji, wraca po kolejną. To nie są jednorazowe wizyty, lecz początek relacji.

Aplikacja staje się dla nich wygodnym, znajomym środowiskiem, które zapamiętuje historię zamówień, dane płatności i preferencje, co znacząco obniża barierę kolejnego zakupu.

Z biznesowego punktu widzenia oznacza to wyższy wskaźnik retencji i lepszy zwrot z inwestycji w pozyskanie klienta. Klient, który instaluje aplikację, kosztuje – ale jeśli zostaje na dłużej, koszt jego pozyskania dramatycznie spada przy każdej kolejnej transakcji.

Równocześnie rośnie jego wartość życiowa, bo zakupy w aplikacji są szybsze, wygodniejsze i częstsze. Dodatkowo, sprzedaż w aplikacji nie wymaga płacenia prowizji zewnętrznym platformom ani przepychania się z konkurencją w reklamach. Marża zostaje w firmie.

Co więcej, aplikacja umożliwia budowanie przyzwyczajeń zakupowych. Użytkownik, który dostaje spersonalizowane powiadomienie, ma znacznie większą szansę, by zareagować i wrócić do zakupów, niż ten, którego trzeba ponownie pozyskać przez płatną kampanię. Pierwsze dwadzieścia cztery godziny od instalacji to kluczowy moment, w którym można zahaczyć klienta i rozpocząć długofalową relację.

A jeśli w aplikacji pojawiają się programy lojalnościowe, dostęp do promocji, limitowane oferty czy dodatkowe korzyści, to użytkownik zaczyna traktować ją jak osobiste centrum zakupowe, a nie tylko kolejne narzędzie.

Wiele sklepów z odzieżą sportową sięga po aplikację mobilną jako naturalne rozszerzenie programu lojalnościowego. Punkty za zakupy, oferty dostępne tylko dla użytkowników aplikacji, wcześniejszy dostęp do premier czy limitowanych kolekcji. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak standard, który trudno uznać za przełom.

Dopiero po kilku miesiącach wychodzi na jaw, że różnica nie leży w samych benefitach, ale w tym, jak aplikacja zmienia zachowanie klienta. Użytkownicy aplikacji kupują częściej niż osoby korzystające wyłącznie ze strony internetowej, mimo że mówimy o tej samej grupie odbiorców, tej samej ofercie i podobnych cenach. Kluczowy staje się kontekst: aplikacja jest zawsze pod ręką, a komunikat trafia w odpowiednim momencie, kiedy telefon jest w dłoni, a decyzja zakupowa jest łatwiejsza do podjęcia.

Do tego dochodzi szybkość i wygoda. Zakup w aplikacji potrafi trwać kilkanaście sekund, bez tarcia, bez zbędnych kroków, bez wrażenia „kolejnego procesu”. W efekcie rośnie nie tylko liczba transakcji, ale też długoterminowa wartość klienta. I nie jest to kwestia magii ani wyjątkowej kampanii. To konsekwencja mechaniki: dostępności, powtarzalności kontaktu i skróconej drogi od impulsu do zakupu.

Mit piąty: Młodzi klienci nie są lojalni, szkoda inwestować w aplikację dla pokolenia Z

Wielu marketerów uważa, że pokolenie Z jest zbyt rozproszone i impulsywne, by budować dla niego osobne środowisko zakupowe, jakim jest aplikacja. Wszyscy siedzą na TikToku albo korzystają z ChatGPT, więc skoro decyzje zakupowe zapadają poza sklepem, po co tworzyć dla nich kolejną apkę?

To jednak błędna interpretacja. TikTok i ChatGPT to dziś główne kanały inspiracji i odkrywania produktów, ale niekoniecznie miejsca finalizacji zakupu. Użytkownik może zobaczyć produkt w filmie, zapytać o niego bota, ale i tak oczekuje, że jego doświadczenie zakupowe będzie szybkie, zorganizowane i wygodne – najlepiej w aplikacji.

Aplikacja daje dokładnie to, czego brakuje w mediach społecznościowych: możliwość zapisania produktu, łatwego zakupu, zwrotu, śledzenia paczki, punktów lojalnościowych. TikTok generuje impuls, ale aplikacja zamienia ten impuls w transakcję i relację.

Co więcej, aplikacja może korzystać z siły TikToka, prowadząc kampanie z deep linkingiem, które kierują użytkownika bezpośrednio do danego produktu w apce. To skraca ścieżkę zakupu z kilku kliknięć do jednego. Z kolei integracja z technologiami typu ChatGPT, na przykład przez chatboty w aplikacji czy rekomendacje oparte na AI, daje użytkownikowi wrażenie natychmiastowej obsługi, której oczekuje.

Młody klient nie czeka, chce szybkiej reakcji, kontekstu i propozycji. Apka z inteligentnym wsparciem staje się dla niego czymś więcej niż tylko narzędziem. Staje się asystentem zakupowym.

Z biznesowego punktu widzenia oznacza to, że inwestycja w aplikację nie odcina od TikToka i AI, ale uzupełnia i wzmacnia ich rolę w lejku zakupowym. Im więcej uwagi i impulsów zakupowych generują social media i chatboty, tym większe znaczenie ma posiadanie własnego kanału, który pozwoli ten ruch zamienić w lojalność i przychód.

A tam, gdzie młody klient zostanie obsłużony szybko, spersonalizowanie i bez tarć, tam zostaje na dłużej.

Marki streetwearowe, które celują w pokolenie Z, potrafią wykręcać imponujące zasięgi na TikToku. Miliony wyświetleń wyglądają świetnie w raporcie, ale za nimi często stoi ten sam problem: ruch jest szybki, powierzchowny i ulotny. Użytkownicy klikają z ciekawości, oglądają przez chwilę i znikają. Konwersja zostaje niska, a retencja praktycznie nie istnieje.

Sytuacja zaczyna się zmieniać, gdy sklep skraca drogę od bodźca do zakupu. Zamiast przerzucać klienta na stronę i liczyć, że sam odnajdzie produkt, można prowadzić go bezpośrednio tam, gdzie ma podjąć decyzję. Deep linking sprawia, że treść w social mediach staje się „wejściem” do konkretnej karty produktu, a nie początkiem frustracji. Kilka kroków mniej oznacza realnie mniej okazji do porzucenia procesu.

Do tego dochodzi obsługa, która działa w rytmie młodego klienta: natychmiast, bez czekania i bez barier. Gdy w aplikacji dostępny jest asystent oparty na AI, pytanie o rozmiar, dostępność czy dopasowanie do stylu dostaje odpowiedź od razu. Pokolenie Z nie lubi „zaraz wrócimy z odpowiedzią”. W tym modelu odpowiedź jest tu i teraz, a cały zakup dzieje się w tym samym tempie, w jakim konsumowany jest content.

Pięć mitów, o których właśnie była mowa, pokazują jedną ważną rzecz: sposób, w jaki myślimy o aplikacjach mobilnych w eCommerce, wymaga aktualizacji. To nie jest już kanał przyszłości. To kanał tu i teraz, efektywny, mierzalny, skalowalny i bezpośredni.

W czasach, gdy coraz trudniej o tani ruch z wyszukiwarki, gdy rosną koszty reklamy i spada skuteczność zewnętrznych platform, własna aplikacja staje się narzędziem, które pozwala odzyskać kontrolę nad relacją z klientem. Zamiast uzależniać się od obcych algorytmów, firmy mogą budować własny ekosystem, oparty na danych, powtarzalności zakupów, personalizacji i wygodzie, której konkurencja nie przeskoczy.

Co ważne, aplikacja nie konkuruje z innymi kanałami. Ona je uzupełnia i wzmacnia. Może być logicznym przedłużeniem działań w social media, efektem dobrze poprowadzonej kampanii performance czy naturalnym miejscem kontynuacji relacji po zakupie w sklepie stacjonarnym.

A przy tym, jako jedyne środowisko cyfrowe, które klient instaluje z własnej woli, daje coś, czego nie zapewnia żaden inny kanał: trwały dostęp do uwagi użytkownika.

Dlatego najlepszy moment na uruchomienie aplikacji mobilnej nie jest kiedyś, jak urośniemy. Najlepszy moment to wtedy, gdy zależy nam na lojalności, rentowności i długofalowej niezależności. Czyli właśnie teraz, zwłaszcza że technologia daje dostępne jak nigdy narzędzia.

Aplikacja to nie dodatek. To przewaga. I ta przewaga przestała być dostępna tylko dla gigantów.

---

Chcesz sprawdzić, jak aplikacja mobilna może zmienić wyniki Twojego sklepu – bez migracji, bez ryzyka, w dwanaście tygodni? Porozmawiajmy.

Zyskaj przewagę w eCommerce!

Wypełnij formularz, aby dowiedzieć się, jak aplikacja mobilna może w prosty sposób zwiększyć Twoją sprzedaż i lojalność klientów.

Skontaktuj się z nami

Image